Wokalista Lady Pank przed sądem

fot: PAP/Barbara Ostrowska
W sądzie Gdańsku rozpoczął się w środę proces
wokalisty grupy Lady Pank, Jana Panasewicza, oskarżonego o to, że
podczas koncertu w Pruszczu Gdańskim rzucił ze sceny w publiczność
plastikową butelką z wodą. Butelka trafiła w głowę kobietę
znajdującą się pod sceną.
Zdarzenie miało miejsce wieczorem 9 czerwca 2007 roku.
Poszkodowana znajdowała się w tzw. strefie bezpieczeństwa między
sceną a barierkami, za którymi była publiczność. 24-latka wraz z
kilkoma innymi fotografami przebywającymi w tej strefie robiła
zdjęcia na potrzeby domu kultury, w którym pracowała.
Na posiedzenie sądu wezwani zostali w charakterze
świadków czterej członkowie zespołu Lady Pank. Jeden z nich -
lider zespołu, Jan Borysewicz - nie stawił się.
Obrońca Panasewicza, po wcześniejszym uzgodnieniu sprawy z pełnomocnikiem prawnym pokrzywdzonej, zaproponował sądowi warunkowe umorzenie sprawy w zamian za m.in. wypłatę poszkodowanej zadośćuczynienia. Sąd nie zgodził się jednak na to.
| Na rozprawie Panasewicz odmówił składania zeznań i sąd odczytał jego wcześniejsze wyjaśnienia. Wokalista nie przyznał się w nich do winy. Potwierdził, że rzucił butelkę, stwierdził jednak, że zrobił to na prośbę publiczności, która - ze względu na ciepły wieczór - domagała się wody. |
Dodał, że nie miał zamiaru nikogo trafić butelką, a praktyka
rzucania pojemnikami z piciem w publiczność jest dosyć częsta na
koncertach rockowych. Fani widzą lecące w ich kierunku pojemniki
i łapią je. Jeśli ta pani robiła w tym momencie zdjęcia, mogła
butelki nie zauważyć - brzmiały wyjaśnienia Panasewicza.
Trzech składających przed sądem zeznania członków zespołu
Lady Pank podkreślało, że Panasewicz nie miał szansy trafienia z
premedytacją w kogokolwiek z publiczności, ze względu na
oślepiające światło reflektorów.
Poszkodowana wyjaśniła sądowi, że zdarzenie miało miejsce, gdy
kucając patrzyła na aparat. - Nagle coś mnie uderzyło w głowę, tuż
nad okiem. Przewróciłam się. Byłam w szoku, nie wiedziałam, co się
dzieje. Podeszła do mnie koleżanka i pomogła mi się pozbierać.
Miałam dużego guza - opowiedziała kobieta, dodając, że uszkodzony
został też aparat, ale zniszczenie okazało się bardzo drobne.
Tuż po incydencie kobieta zawiadomiła policję. Funkcjonariusze,
którzy zjawili się na miejscu kilkadziesiąt minut po zakończeniu
imprezy, stwierdzili we krwi Panasewicza 1,8 promila alkoholu.
Wokalista wyjaśniał, że pił już po koncercie. Dzień po zdarzeniu
przysłał poszkodowanej kosz kwiatów. Na rozprawie dwukrotnie ją
przeprosił.
Kolejny termin rozprawy wyznaczono na lipiec. Do tego czasu sąd
spodziewa się z Instytutu Meteorologii danych, o które wystąpił, o
temperaturze, jaka panowała w Pruszczu Gdańskim w dniu zdarzenia.
Sąd dysponuje już danymi z Centrum Astronomicznego w Toruniu o
godzinie zachodu słońca.
W środę w gdańskim sądzie odbyła się też inna rozprawa dotycząca
tego samego koncertu. Na kolejnym posiedzeniu sąd grodzki
prowadził postępowanie, w którym Panasewicz jest obwiniony o
używanie wulgarnych słów w czasie tej imprezy. Także ta sprawa
została odroczona do lipca.
tagi
