Przywódcy strajku w "Budryku" usłyszeli zarzuty

fot: PAP/Andrzej Grygiel
Zarzuty dotyczące m.in. naruszenia przepisów
ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych przedstawiła mikołowska
prokuratura trzem liderom strajku w kopalni Budryk w
Ornontowicach.
Informację o zarzutach, podaną w piątek przez TVP Info,
potwierdził zastępca prokuratora rejonowego w Mikołowie
Mariusz Jeziorowski. Jak dodał, podejrzani usłyszeli zarzuty w
ciągu ostatnich kilku tygodni. Prokuratura wcześniej o tym nie
informowała.
Strajk na tle płacowym trwał w Budryku od połowy grudnia
ubiegłego roku do końca stycznia 2008. Zdaniem prokuratury jego
organizatorzy przed podjęciem akcji nie wyczerpali wszelkich
możliwości porozumienia się z pracodawcą.
- Kwestia legalności lub nielegalności tego strajku jest dalej idąca niż naruszenie ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Na ten temat musi się wypowiedzieć niezawisły sąd - zaznaczył prok. Jeziorowski.
Zarzuty usłyszeli Wiesław Wójtowicz, Grzegorz Bednarski ze związku Kadra Budryka i Krzysztof Łabądź z Sierpnia 80. Żaden z nich nie przyznał się do winy. Postępowałem zgodnie z obowiązującym prawem, nie mam sobie nic do zarzucenia - powiedział w piątek Łabądź PAP.
Wójtowicz - poza naruszeniem ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych - odpowiada dodatkowo za podżeganie pracowników do pozbawienia wolności byłego prezesa kopalni Piotra Bojarskiego.
- ZOBACZ TAKŻE:
- Budryk znów gotowy do strajku
- Strajk w Budryku kosztował 80 mln złotych
- Koniec strajku w Budryku
- Pawlak do górników i ich żon: To nie jest PRL
Prokuratura nie wyklucza postawienia kolejnych zarzutów i
zwiększenia liczby podejrzanych. Wielowątkowe śledztwo dotyczy
m.in. gróźb karalnych wobec górników, którzy nie zgadzali się ze
strajkującymi i chcieli podjąć pracę, a także zniszczenia mienia
kopalni.
Kierownictwo Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW), do której
należy kopalnia Budryk od początku stało na stanowisku, że
strajk był nielegalny. Po proteście władze spółki zapowiedziały
zwolnienie kilkunastu uczestników strajku, zarzucając im łamanie
wielu przepisów i regulaminów pracy. Wobec części z nich, m.in.
Łabądzia, pracodawca wycofał wypowiedzenie, a związkowiec na mocy
zawartej z JSW ugody zrezygnował z zapowiadanego procesu w tej
sprawie.
W maju Państwowa Inspekcja Pracy oceniła, że zwolnienie z pracy
Łabądzia i Bednarskiego było nieprawidłowe. W związku z tym
inspekcja wystąpiła o ukaranie dyrektora kopalni. PIP nie
zakwestionowała merytorycznych powodów zwolnień związkowców, lecz
naruszenie przez dyrekcję kopalni procedur. Zwolnienia dokonane
zostały bowiem bez zgody zakładowych organizacji związkowych.
Przedstawiciele JSW argumentowali wówczas, że zwracali się w tej
sprawie do związków, podając szczegółowo motywy planowanych
zwolnień. Związkowcy mieli jednak nie przyjąć do wiadomości
argumentów spółki i nie zgodzić się na zwolnienia swoich szefów.
Kierownictwo JSW określało sytuację jako absurdalną, bo
zwolnieni to jednocześnie szefowie związków, które spółka musiała
pytać o zgodę na wypowiedzenia.
Związkowcy nie zostali zwolnieni za udział w strajku, lecz za
łamanie prawa. Postawione im zarzuty dotyczyły m.in. wprowadzenia
w błąd kierownictwa kopalni, naruszenia nietykalności cielesnej,
szantażu, stosowania gróźb, pomawiania, znieważania, łamania
regulaminu pracy oraz uniemożliwienia podziemnych kontroli.
W trwającym od 17 grudnia ubiegłego roku do 31 stycznia br.
strajku uczestniczyło kilkaset z liczącej ok. 2,4 tys. osób załogi Budryka. Protestujący chcieli wyrównania swych płac do poziomu
JSW, której częścią samodzielna dotąd kopalnia stała się w
styczniu. Okupację prowadzono na powierzchni i pod ziemią, ponad
dwa tygodnie trwała też podziemna głodówka.
Przedstawiciele JSW już podczas strajku zarzucali jego
organizatorom łamanie prawa, informując o tym prokuraturę w
Mikołowie. Po zakończeniu protestu przedstawili listę 18 zdarzeń,
którymi motywowali wszczęcie procedur zwolnienia liderów strajku
oraz niektórych ich współpracowników.
